Wakacje 2017 Ukraina, Mołdawia, Rumunia

img_3606

 

 

Plan był prosty – robimy lajtowy rodzinny przejazd przez Ukrainę, Mołdawię i Rumunię. Finalnie zabraliśmy się na dwa samochody – Mitsubishi Pajero, oraz oczywiście Rocky`ego. Czwórka dorosłych i 4 dzieci, tak więc nie było nudno. Na długo przed wyjazdem przygotowywaliśmy samochody do długiej trasy, ale i tak nie obyło się bez poprawek na ostatnia chwile.

Wyjechaliśmy w niedzielę, tak żeby bez pośpiechu doczłapać się w okolice Lwowa i tam przenocować, tak żeby z samego rana móc ruszyć i trochę pozwiedzać.

Plany, planami a życie pisze swoje scenariusze. Jeszcze w Polsce, mój Rocky zaczął tracić moc i się dławić.Szybka wizyta na stacji benzynowej, dolewka „jagodowego mohito” do baku i teoretycznie problem rozwiązany. Obstawialiśmy przy pchany filtr paliwa, ale o tym później;)

Przejście graniczne w Hrebenne pozwoliło nam nieco odpocząć od jazdy…tak ze 2 godziny. Pobiegaliśmy sobie za to pomiędzy okienkami…. naliczyłem chyba łącznie z 8 różnych.

Witaj Ukraino i dalej w drogę!

Planowaliśmy nocleg na dziko, w odległości ok 15 km od granic Lwowa, ale Murphy oczywiście sobie o nas przypomniał i Rocky`emu wróciła czkawka. Gasł i nie dało się go utrzymać na obrotach, co oznaczało koniec jazdy bo w nocy ciężko było szukać usterki, zawłaszcza, że podejrzanym była pompa wtryskowa zaciągająca lewe powietrze. Szybka decyzja, skoro dookoła same pola uprawne, szukamy jakiegoś taniego noclegu a rano się pomyśli.

Na nawigacji znaleźliśmy pensjonat „Max House” w dystansie poniżej 6 km. Udało się dojechać… no prawie bo zabrakło 150 m, pod górkę :p Złapaliśmy Rocky`ego na sznurek i do przodu. Pech chciał, że droga przestała przypominać dojazd do ośrodka a w okół ciemno.

Zatrzymaliśmy się w lesie i z buta zaczęliśmy szukać naszego noclegu. Ciemna noc, las, psy szczekają, a ośrodka nie widać.Pukamy do bramy, ale zero odzewu, mimo że widzimy, że w oddali jakieś światło się pali. Po paru minutach nawoływania, odpuszczamy temat, trudno jakoś się do rana przekimamy. Schodzimy do samochodów i widzimy zbliżające się światło latarki. Co się okazało, nie ma w tym miejscu i nigdy nie było żadnego pensjonatu, ale jest Max a to jego prywatna dacza. Tubylcy wyglądali na zdenerwowanych i przestraszonych, ale szybko okazało się, że chętnie pomogą i nas przenocują. Co więcej od razu ugościli nas na pełnym wypasie, z bimbrem i dobrym jedzeniem włącznie. Bardzo miło nam się rozmawiało, gdzieś do 3 w nocy.

img_20170626_013907  img_20170626_105059

Rano Max pomógł nam zorganizować warsztat i od razu ruszyliśmy tam, żeby usprawnić auto.

Panowie mechanicy, potwierdzili przypuszczenia. Uszkodzona pompa wtryskowa, to nic że ok 3 miesiące przed wyjazdem przeszła pełną regenerację. Jak się okazało drobnostka, ale skutecznie psująca humor i opóźniająca trasę. Pozdrawiam środkowym palcem firmę, która dokonywała regeneracji, odezwę się do Was jeszcze partacze i porozmawiamy!

img_20170627_141545  img_20170627_140209

Szybka decyzja, Rocky zostaje, umawiamy się na odbiór w dniu następnym a sami zostajemy i zwiedzamy Lwów. Dziewczynom udaje się ogarnąć cały apartament w cenie pokoju hotelowego. Za te ceny uwielbiam Ukrainę. Lecimy zwiedzać i się bawić. Fabryka czekolady, rynek, wycieczka po dachach i wiele innych atrakcji. Tu naprawdę nie można się nudzić;)

img_20170627_120433  img_2213  img_2214  img_2293

Następnego dnia po południu odbieramy samochód i ruszamy dalej. Okazało się, że pompa miała wyciek i problem z elektrozaworem. Całość kosztowała ok 300 zł, tak więc połowę taniej niż w Polsce i nie musiałem przy samochodzie nawet palcem ruszyć.

Dalsza cześć trasy ustaliliśmy na Kamieniec Podolski, tak aby stamtąd przeskoczyć do Mołdawii. Oczywiście trasa widokowa, a nie autostrady 😉 Drogi na Ukrainie rzeczywiście pozostawiają wiele do życzenia i nawet dla terenowych zawieszeń potrafią być uciążliwe. Przejeżdżając przez wsie można naprawdę dobrze się zaopatrzyć w świeże warzywa. Miejsce na nocleg znaleźliśmy nad sporym jeziorkiem, miejscowi nie mieli nic przeciwko, więc szybko zajęliśmy się robieniem kolacji i stawianiem obozu.

img_20170627_195319  img_20170628_062612

Zadziwiające, że pomiędzy tak krótkimi terenówkami można zmieścić 5 hamaków, w tym 3 pełnowymiarowe Lesoviki 😉 Najmłodszy również chętnie kimał w hamaku.

img_20170628_062632

Przywitał nas słoneczny poranek, tak więc sprawnie ogarnęliśmy śniadanie, zwinęliśmy obozowisko i w drogę.  Po drodze szybki postój w Tarnopolu i weryfikacja przedniego napędu w Pajero, ponieważ pojawiły się niepokojące stuki. Mechanik obejrzał, przejechał się i pocieszył nas, że nie ma większych powodów do obaw, ale trzeba unikać załączania przedniego mostu. Świetnie…jak coś to winda albo zredukowany tył nam zostaje w takim razie w jednym samochodzie. Ale nic to, są wakacje lecimy dalej ;p Droga od Kamieńca, przez Park Narodowy Podolskie Tołtry jest dziurawa i prawie nie uczęszczana….pewnie z powodu tych właśnie dziur. W połowie trasy kolejna awaria, dzięki Murphy. Akumulator w Pajero okazuje się przeładowany do niemal 15,5 V i bardzo gorący. Genialnie, wszak alternator również był robiony tuż przed samym wyjazdem, a wszystko wskazuje na regulator napięcia. Trudno, bywa. Miejscowi udostępniają nam miejsce do grzebania w furze i informują gdzie możemy zawieść alternator, bagatela 40 km i to dopiero w dniu jutrzejszym. Nocleg jaki polecają okazuje się ogromnym kurortem w górach, na który w życiu byśmy nie wpadli gdyby nie ta awaria.

img_2584

Wcześnie rano pobudka, zawozimy alternator do zakładu, sprawdzają na miejscu i teoretycznie jest ok. Kurcze nie lubię takich sytuacji, bo usterki trzeba szukać dalej. Składamy auto, sprawdzamy napięcie ładowania i jest ok. Jedziemy zatem dalej, zobaczymy co będzie.

Pierwsze kilometry, wszystko w porządku, ale oczywiście dalej zaczyna się to samo. Znowu za duże napięcie. Pajero ląduje na sznurku i ciągniemy się do Kamieńca, bo tam dopiero możemy liczyć na prawdziwy warsztat. Bagatela 70 km, trasy pokonaliśmy dociążonym Rockym, ciągnącym zapakowane Pajero na wzniesieniach. Dumny jestem z mojego autka, choć nie było mu lekko i z kilka postoi trzeba było zrobić, żeby się nie zagotował. Po drodze jeszcze kupiliśmy nowy akumulator, ale i to nie rozwiązało problemu. Dopiero w Kamieńcu Podolskim trafiliśmy na specjalistę, który rozwiązał problem. Mieliśmy szczęście ponieważ już skończył pracę, a następnego dnia wybierał się na urlop ale pracownicy go ściągnęli i zgodził się nam pomóc. Wina ostatecznie leżała w alternatorze, tak też bardzo pozdrawiamy zakład, który go w Polsce robił przed wyjazdem ;P

img_2864

Przeszła burza, taka po której ulice zamieniają się w rzeczki, tak więc musieliśmy wyjechać nieco wyżej żeby spokojnie przenocować. To był dziwny nocleg. Przycupnęliśmy na skraju łąki, niedaleko małej wsi, ale wydawało nam się, że miejscowi jakby nas szukają. Cóż, nie zawsze ognisko wesoło strzela, czasami kima się po cichu, tak żeby móc rano ruszyć w dalszą podróż.

img_2601  img_2779  img_2809  img_2787

Rano wjeżdżamy jeszcze na zamek w Kamieńcu, tu mamy nieco cienia i zimny kwas chlebowy oraz pyszne pieczywo. Po zwiedzaniu ruszamy w dalszą trasę, ciekawi tego czym przywita nas Mołdawia.

Mała granica pomiędzy Ukrainą a Mołdawią pochłania nam ok 2 godzin, widzę że jest to jakiś standard i chyba muszą się go trzymać, bo zdecydowaną większość czasu się tu po prostu czeka. Spotykamy polaków wywożących stare motocykle do renowacji. Fajnie wiedzieć, że w tych rejonach są jeszcze takie zabytkowe sprzęty do odratowania. Lecimy dalej, szybkie zakupy, objazd w restauracji na który strasznie długo czekaliśmy ale było warto i szukanie miejsca na nocleg.

img_2866  img_2976  img_20170701_075409

Jezioro, po drugiej stronie ośrodek wczasowy i betonowa konstrukcja. Nie jest źle ale szału też nie ma, ale ponieważ coraz bardziej się ściemnia nie ma co wybrzydzać. My i nasze zezowate szczęście. Tym razem miejscowi przyjeżdżali kilka razy traktorami, żeby pobrać wodę z jeziora w nocy.

img_3227  img_3249

Są dwa obowiązkowe punkty w Mołdawii. Orheuil Vechi czyli kompleks archeologiczno-historyczny oraz podziemne winnice Milesti Mici lub Cricova. Po trasie najpierw mieliśmy Stare Orhei. Po zwiedzaniu zatrzymaliśmy się na obiad, w przydomowej kuchni.

img_3260  img_3266

Dalsza część trasy wiodła prosto do winnicy Milesti Mici. Gdy dojechaliśmy na wieczór okazało się, że jest ona dziś nieczynna i jutro również będzie :/ Zostaje czekać do poniedziałku, albo szukać alternatywy. Rozbijamy się niedaleko winnicy, licząc że kolejny dzień przyniesie jakieś rozwiązanie. W nocy nachodzi nas wielka burza, która krąży do rana. Pierwszy raz myślałem, że wyskoczę z hamaka na dźwięk grzmotu, a strachliwy nie jestem.

img_20170702_061351

Rano jeszcze trochę kropi, ale bierzemy się za Pajeraka, a konkretnie za prawą piastę ponieważ znaleźliśmy w niej luz. Wymiana łożysk w warunkach polowych jak widać możliwa, i przeprowadzona całkiem sprawnie. Zanim reszta się podniosła z wyrek, to już auto było na kołach.

img_20170702_071751  img_20170702_071758

Jeszcze szybka fotka pod samą winnicą 😉 i przy tunelach…

img_20170702_121749  img_3281  img_3275

Po szybkim śniadaniu lecimy dalej w trasę. Obsługa winnicy nie kłamała, rzeczywiście zamknięte mają dranie, lecimy zatem na drugą winnicę, oddaloną o ok 40 km do Cricova. Jak się później okazało, to prawdopodobnie nawet lepszy wybór niż wcześniejsza miejscówka. Przy takich upałach, nie ma to jak skryć się 100 m pod ziemią, w towarzystwie dobrych win 😉

img_3414  img_3341  img_3464  img_20170702_141824

Pozwiedzali, odpoczęli, obkupili się w wina, więc w drogę na Odessę! Oczywiście najkrótsza droga wiodła przez Naddnieprzańska republikę mołdawską i nie byli byśmy sobą, jeżeli nie spróbowalibyśmy się przez nią przebić. Pierwsze przejście graniczne poszło całkiem sprawnie, ale dalej szybko zderzyliśmy się z postkomunistyczną rzeczywistością. Poinformowano nas o szczegółowym sprawdzeniu aut, zważeniu, oraz opłatach drogowych, winietach i kilku innych, które funkcjonariusze potrafią wymyślić na poczekaniu. Raptem 25 km strefy kosztowało by nas więcej pieniędzy i czasu niż rajd przez góry prawie 100 km na około. Decyzja dość prosta. Lecimy na kolejne przejście. Dalej już z górki. Nieczynne przejścia, uzbrojeni wartownicy biegnący w naszą stronę z automatami, wozy pancerne i takie tam. Finalnie przejechaliśmy przejściem w Palance.

img_20170702_124430

Oczywiście pozdrawiamy właściciela Ferozy, którego autko było obok nas na parkingu. Niestety nie dane było nam się spotkać osobiście, ale mimo wszystko fajnie zobaczyć Daihatsu na polskich blachach daleko za granicą 😉

img_20170702_160933

Najmłodszy z ekipy bawi się w nawigatora;)

img_3606

Nad ranem dotarliśmy w okolice Odessy do miejscowości Fontanka. Czas zwolnić tempo i zacząć cieszyć się morzem czarnym. Zatrzymaliśmy się u rodziny przyjaciółki Magdy, a gospodarze zadbali o nasze dobre nastroje 😉

img_3676  img_3674

Będąc na miejscu nie można nie zwiedzić Odessy. Ale uprzedzamy zdecydowanie lepiej robić to jednośladem, lub na pieszo ponieważ  w korkach można utkwić na długie godziny.

img_3707

Niektóre restauracje szokują przepychem 😉 Tu finalnie nie zjedliśmy bo karta nam nie podpasywała, ale musicie przyznać, że wystrój na bogato! #milionymonet

img_3780

Odessa była głównym punktem trasy, stąd po dotarciu ( szczęśliwie się udało ) mieliśmy zadecydować w którą stronę się kierujemy z powrotem, czy najkrótsza prosta przez Ukrainę do domu, czy też jeszcze kawałek Rumunii. Całe szczęście został nam mały zapas czasowy, tak więc obraliśmy kierunek Rumunia!!

img_3855

Młodzież mimo młodego wieku poznała się na dobrej książce 😉

img_3838

Na Ukrainie ostatni nocleg mieliśmy na samej plaży w okolicy Kurortnoje. Gwieździste niebo, szum morza, szeroka piaszczysta plaża i kolacja prosto z ogniska. Zdecydowanie w ten sposób mógłbym spędzać wiele wieczorów.

img_20170705_071951  img_20170704_223553  img_20170704_214403

Rano to był chyba pierwszy dzień podczas całego wyjazdu, kiedy cała ekipa podniosła się ciut świt i wszyscy ruszyli kąpać się w morzu i opalać. Słowem od rana lenistwo aż do południa.

img_3974

Oczywiście trzeba było wjechać na samą plażę. W końcu gdzieś musiałem choć spróbować się zakopać 😉

img_3939  img_3954

Następnie obraliśmy kurs powrotny przez Rumunię, Węgry i Słowację. Do przejścia ok 80 km najgorszą drogą jaką dane było mi do tej pory jechać, dobrze, że kół nie pogubiliśmy 😉

img_3996

Jedyne przejście graniczne jakie mieliśmy dostępne to to w Reni. Nie polecam :p Spędziliśmy tam kilka godzin, a panowie celnicy wszędzie widzieli problemy, licząc  chyba na napiwek.

img_4035

Ostatecznie późno w nocy byliśmy już po Rumuńskiej stronie i kierowaliśmy się na trasę Transfogarską. Wszak, to że wracamy szybko, nie oznacza, że mamy rezygnować z przepięknych widoków;)

img_4231  img_4313  img_4344  img_4318

Nocleg nad jeziorem Vidraru. Jak zwykle przepięknie, tym razem nieco deszczowo, ale nastroje dopisywały. Kolacja na wypasie – rumuńskie mici prosto z ognia 😉

img_20170706_175222  img_20170706_170406

Tak wyglądał obóz rozbijany pospiesznie podczas deszczu. Rocky na smyczy, przywiązany do drzewa a Pajero oparty kangurem, bo przechył był większy niż widać na zdjęciu.

img_20170706_170835  img_4162

Poranek zdecydowanie lepszy niż wczoraj. Słońce od wczesnych godzin porannych ładnie świeciło.

img_4213  img_20170707_081109

Całą Rumunię z południa, do Oradei przejechaliśmy w dwa dni, tak więc naprawdę niezłe tempo na nasze samochody. Fragment Węgier i Słowacji poszedł równie sprawnie. Jeszcze przed wjazdem na Słowację zrobiliśmy postój, tak aby trochę odpocząć i resztę trasy pokonać już na jeden strzał. Szybka drzemka na hamaku jest o milion razy lepsza, zdrowsza i efektywniejsza niż jakiekolwiek energetyki 😉

img_20170708_061845

 

Podczas tych 2 tygodni zrobiliśmy prawie 4000 km, samochody mimo mniejszych lub większych awarii dzielnie dały radę i wróciliśmy na kołach. Dzieciaki przekonały się, że bez internetu też istnieje życie, a proste jedzenie z ogniska smakuje dużo lepiej niż największy zestaw mc`donalds. Również o tym, że można chodzić późno spać i wcześnie wstawać wsypanym, a długie trasy niekoniecznie muszą być nudne. W dużym uproszczeniu tak wyglądała nasza trasa.

tras

PS. Niestety jeszcze nie wszystkie zdjęcia zostały zgrane z aparatów, liczę więc na to, że sukcesywnie będziemy mogli podrzucać nowe zdjęcia na facebooka.

Autor  -FoX-

Comments

comments

Posted in Aktualności, Wyprawy and tagged , , , , , , , , , , , , , .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *